autobus blog

Twój nowy blog

Odpublikowałem notki pierwszej właścicielki pojazdu na jej prośbę. Poza tym bez zmian. Z ciekawości: zagląda tu ktoś? Wpisujcie miasta :p

taxi

1 komentarz

Dziś wiózł mnie ten sam.

taxi

Brak komentarzy

You talkin’ to me?  

Jeden z tych starszych gości z wąsami,
odpornych na nowinki techniczne, ograniczających wyposażenie swojego
miejskiego cruisera (w tym przypadku coś niezgrabnego, bliżej
nieokreślonej marki, za to z pewnością z klasy economic) do taksometru,
terminala, cb i starego modelu radia. Beż żadnych mrugających
dyskotekowymi światełkami equalizerów odtwarzaczy cd, subwooferów i
kolorowych ozdób, jak ci dresiarze z przewozu osób.

Zresztą bądźmy szczerzy – na drugim biegunie taksówkarskiej
hierarchii lokuje się kasta jeżdżących dla największych korporacji. Ci,
którzy obsługują firmy z biurowców na Służewcu, wożą na vouchery lub na
karty stałego klienta. Bez gotówki. „Tylko do celów służbowych” -
zawsze powtarza sekretarka dysponująca tymi świstkami. Dawno jej nie
ma, gdy gazeta leci do druku i ostatnia ekipa opuszcza biuro. Na maila
do szefostwa, czy nie mogliby kilku zostawać szybka odpowiedź: „Powrót
z pracy do domu nie jest przejazdem służbowym”. No jaha, jest jebaną
wycieczką krajoznawczą po resztkach przemysłowej dzielnicy zamienionej
na coś, co szumnie nazywa się biznes parkiem. Ciemno jak w dupie, błoto
po kolana, a na pętli tramwajowej – pustej oczywiście, bo rozkład wciąż
ustawiony tu jest pod roboli z zakładów, które umarły 20 lat temu -
dresiarze, którzy dobrze wiedzą, że można tu wyjąć ajfona albo laptopa.

Form: sekretariat_wazniaka@wielkiafirma.pl
To: everyone@zeby_wam_sie_nie_zdawalo.com
CC: zarząd@berlin

„Nie, nawet po godz. 22″.

Na tym końcu hierarchii, gdzie w taksówce na 15-calowej plazemce
pod sufitem a-klasy oglądasz charytatywną reklamę z Pudzianem, który
pomaga, też jeżdżą czasem straszne bambry. Tyle że oprócz podstawowego
sprzętu mają GPS, smartfona, komórkę, telewizor z filmami HD i laptopa
z włączonym czatem, mailem i stroną porno i aparat, który robi ping z
częstotliwością sonaru (wrażenie pogłębia pulsująca niebieska
dioda na terminalu).

Ten dzisiejszy był z zupełnych obrzeży taksówkarskiej subkultury. Nocny żeglarz życia.
Przez 2/3 trasy w ogóle się nie odezwał, nie pytał którędy, jak ci z
GPS-ami. Nie miał muzyki, więc nie musiałem podkręcać swojej – czasem
zagłuszyć jakieś radio napierdalające o 3 nad ranem rave, o czwartek
lakukaraczę, a o piątej skrót wczorajszych wiadomości o trupach, seksie
i polityce po prostu nie sposób.

Junior Stress, „Miasta wdzięk”, potem szybki przeskok na
składankowy „Sound system”. Zastanawiam się, czy Junior już przerósł
mistrza Pablopavo, czy jeszcze jednak musi poćwiczyć. Blisko mu, w
niektórych fragmentach jest świetny. Ale potem wchodzi Pablo ze swoją
zwrotką i pokazuje, kto tu „jest historią”.

Byłem daleko w każdym razie. Nagle taksówka ostro hamuje. Ostatnie
światła przed wjazdem na osiedle. Przez Juniora przebija się
taksówkarz. – Ma pan drobne? Bo ja przed chwilą z domu wyszedłem, z
pięcu dych nie wydam.
- Co? – wyłączam muzykę.
- Drobne pan ma? Nie wydam.
- Damy radę, coś mam, 30 na pewno – mówię i znów włączamy muzykę.
-
Bo wie pan, pierwszy klient, a ja wie pan przepiłem wczoraj wszystkie
pieniądze – zaczyna nawijać z jakąś trudną do ogarnięcia prędkością.
- Gratuluję – myślę sobie. – A już pan doszedł do siebie? – mówię pod nosem. – Zdarza się – dodaję głośniej.
-
No bo widzi pan, chciałem nawet pożyczyć od tej Mariolki, co ją czasem
wożę, znamy się tyle lat, a ta nie chciała. Wie pan podwożę ją czasem
ze stacji, jak wracam rano, bo ona do sklepu jeździ no i tam czasem
kawałek…
- … przez lasek, wie pan, tam są takie krzaczki – wkręcam sobie w głowie fabułę.
- … no i tyle lat z nią jeżdżę…
- … nie wątpię! …
-
… a ona nie chciała. Ale mi taka Beata pożyczyła, no tak, dała mi, to
wyjechałem i mówię pierwszy klient akurat blisko to sobie nadrobię…

Mijamy ostatni zakręt.

- … to tutaj wjechać pod 33? Tak, od frontu czy od piwnicy?
- WTF?! Dlaczego kurwa miałbym chcieć wchodzić do domu od piwnicy zboku?! – myślę. – Od frontu! – mówię.
-
… no i ona dała mi te pieniądze, tu blisko więc jadę, ale tam koledzy
stali, to by można było jeszcze rozmienić u nich, bo tak to nie ma jak,
no gdzie o tej porze, wie pan ja raz na lotnisko podjechałem, to 20
minut czekałem, bo klientka miała tylko grube i żaden nie chciał
rozmienić…
- Wtedy poczułeś, że nie należysz do tamtych, tych z koncesją na obsługę lotniska? – drwię sobie w duchu.
- … a ja wyszedłem późno, no bo te mecze – on dalej swoje.
- Nooooo, mecz był doooobry – wychodzę na chwilę z roli.
- … no i ja je sobie nagrywam, więc obejrzę…
- Dobre były, a jutro jeszcze lepsze – zagajam.
- Jutro to nie wiem, ja dziś Polonię słuchałem…

Polonię?! Manchester grał jeden z najlepszych meczów, jakie widziałem w
życiu, co mnie Polonia?

- Awansowali.
Zremisowali 2:2, ale pierwszy mecz wygrali 1:0. Awansowali, Cracovia
odpadła – relacjonuję, bo akurat słyszałem wynik wychodząc z biura wiele
godzin temu.
- No tak, tak, ja to nie oglądałem jeszcze – mówi kierowca.
- Ups. Reszty nie trzeba, dobranoc.

18 lub 14

3 komentarzy

Sami porządni na tym Służewcu

Kolega relacjonuje swoją dzisiejszą podróż do biura. Tramwaj w stronę Służewca mija Galerię Mokotów. Uaktywniają się kontrolerzy i w opustoszałym lekko wagonie kontrolują koljenych pasażerów. Pik… Dziękuję… Pik… Dziękuję… Pik… Kończą nie znajdując żadnego gapowicza. Opuszczając wagon komentują między sobą wyniki kontroli:
- Kurwa, sami porządni ludzie jeżdżą do tycb biurowców, znowu nikogo nie złapaliśmy.

17

1 komentarz

Kosmita

Jesień. Świeci słońce, w tramwaju nie ma tłoku, jest miło.

Wsiadł przy Postępu. Metr siedemdziesiąt, szare buty – adidasy w stylu lat 80., granatowe dżinsy, turecki sweter, a pod nim koszula w kratę. Około czterdziestki, ale równie dobrze mógł mieć ponad 50 lat. „Taki zupełnie podobny do nikogo”. Kurtka w kolorze nieokreślonym, po prostu ciemna, w ręku foliowa siatka z trzema Warkami. W butelkach. Jak wsiadał to brzęczały.
Zawsze jak patrze na twarze takich ludzi to widać na nich zmęczenie, a w oczach smutek. Ten jednak nie był typowy.

On pikał!

W dłoni ściskał różowe, pomalowane w kwiatki jajko z małym ciekłokrystalicznym wyświetlaczem. Kciukiem sprawnie skakał po trzech przyciskach wywołując z jajka kolejne piski. Tak to było Tamagotchi. Facet był całkowicie pochłonięty hodowaniem elektronicznego bytu. Nie zwracał na nikogo uwagi. Przy Taśmowej wstał i nieodrywając wzroku od malutkiego ekraniku wysiadł. Przeszedł przez Marynarską wpatrzony w swojego Tamagotchi. Z pochyloną głową skierował się w kierunku rozpadających się magazynów…

gościnnie RG

10

Brak komentarzy

Święto zmarłych

Kac, potworny jak rzadko który. W drodze do pracy boli podwójnie, ale co zrobić – jechać trzeba. Sam się zgłosiłem na świąteczny dyżur przecież, więc tłukę się z przesiadkami przez całe miasto i dogorywam.

W uszach muzyka, z cicha, bardziej dla podtrzymania funkcji życiowych, niż dla jakiejkolwiek przyjemności. Po drodze, pod drzewem, kontrolny paw.

Autobus. Metro. Tramwaj. Na Mokotowie do tramwaju wsiada typ rodem z poprzedniej notki. Siada z przodu, daleko, ale tym razem chyba nawet nie poczułbym, gdyby usiadł bliżej, bo sam zionę nie gorzej.

- Następny przystanek, Rzymowskiego – odzywa się automat.
- A ciszej kurwa nie można, do chuja jebanego – odpowiada mu typ.

Wyjątkowo muszę się zgodzić – świdrujący głos automatu przebija się przez muzykę i zabija mnie co przystanek od Pola Mokotowskiego. Wcześniej w metrze Jasieński też żyć nie dawał, ale on ma przynajmniej miły głos, a w tramwajach mówi jakiś cyborg z matriksa.

- Nie słyszę, co mówisz, w tramwaju jestem – z tyłu jakaś laska rozmawia przez komórkę. – No nie słyszę! – wrzeszczy.

- Następna – myślę sobie.
- Ciszej tam z tyłu, kurwa w dupę jebana – typ znów doskonale wyraża moje myśli.
- Zaraz pana wyproszę – kończy dialogi motornicza, która wychyliła się z kabiny.
- Przystanek Rzymowskiego – puentuje automat.

Typ i laska wysiadają. Motornicza i ja jedziemy dalej. Łeb pęka.

{r}

17

3 komentarzy

Pijaki

Wsiedli przy Świętego Antoniego Boboli. Stoją blisko. Zioną wódą. Niższy, w czapce z daszkiem, nieogolony zaczyna snuć swoją opowieść.
– W sklepie kupiliśmy małpiszona. Idąc Asfaltową dziudźgaliśmy po trochu…

Wtedy przerwał mu kompan – turecki sweter, czarna skóra – który zauważył na ulicy damę w krótkiej spódnicy z dużym biustem i od razu poinformował wszystkich wokół zionąc mi alkoholem w twarz:
– Taką to bym rżnął. Nie zlazłbym z niej.
– Noo – rozmarzył się ten od małpiszona.

Potem wznowił swoją opowieść o przygodach na Asfaltowej. Było coś o kobiecie, która dała mu i jego kompanom kolejnego małpiszona, a sama nalała sobie troszkę w kubek i szybko przeszła na drugą stronę ulicy, żeby nie kusiły ją małpiszony. I wreszcie doszli do Heńka, chłopa tej od kubka.
- Widziałeś go? – zapytał ten w czapce z daszkiem. – Siedzi, czy w szpitalu jest?
- Heniek w domu się schował. Wóda go zniszczyła. Jak go ostatnio widziałem to cały chodził. Wóda nikomu nie przepuści. Wszystkich załatwi, kurwa jedna. Znałem niejednego – aktora, oficera Wojska Polskiego – wóda zniszczyła. Ale Ja! Ja piję, bo lubię!
- Ty! Ja też!
- No, jakbym chciał to bym mógł przestać od razu.
- No ja też tak mam.
- Ale nie przestane, bo lubię.
- Ja też tak mam.

Wysiedli przy Woronicza.

gościnnie RG

515

3 komentarzy

Zapachy spod pachy

W autobusach czuć „wiosnę”. Ale od początku. Miałem się dziś dostać z Bankowego na Wilsona i gdy kierowałem się do metra zobaczyłem podjeżdżające 515 – z wielkiej czwórki, która kiedyś nazywała się A, J, S i U ostały się dziś tylko on i 520. Pamiętam, gdy po otwarciu stacji metra na pl. Wilsona skracano pozostałe (519 i 524) wiele było narzekania, jak to trudno bez nich będzie mieszkańcom Bielan. A dziś? Kto dziś jeździ z Bankowego na Wilsona autobusem?

Ja pojechałem z sentymentu i pożałowałem już w trzeciej sekundzie po wejściu do autobusu.

Najpierw poczułem ogólny zaduch, bo w klimatyzowanym autobusie okna się nie otwierają. A klima działa oszczędnie. Chyba bez pobieranie świeżego tlenu z zewnątrz. Potem poczułem starą, ubraną w zimową kurtkę i wełanianą czapkę amatorkę krzyżówek wiozącą jakieś cuchnące zakupy.

Ale prawdziwy hardcore zaczął się pół przystanku dalej – na drugim przystanku przy tej samej stacji metra do solarisa wsiadła gruba baba z siatami. Stanęła za mną. Miałem na uszach słuchawki, więc nie usłyszałem ostrzegawczego dźwięku… Dopiero po kilku sekundach poczułem chemiczny zapach i pomyślałem, że chyba zmiast wietrzyć postawnowili odświeżać powietrze. Ale nie – odwórciłem się i zobaczyłem, jak stara baba psika się po pachami dezodorantem…

186

2 komentarzy

Początek opowiadania jest taki, jak zawsze, jest może tylko trochę później niż zwykle. Koło południa. Jadę do pracy, śpię na swoim ulubionym miejscu (druga od przodu autobusu para foteli, pod oknem, bo można oprzeć nogi o nadkole i niemal się położyć).

Na Ochocie przednimi drzwiami autobusu wtacza się gość w skórzanej kurtce z czerwoną od gorzały mordą. Widzę go kontem oka, bo akurat lustruję sytuację i sprawdzam, czy aby nie przejechałem swojego przystanku. Ale gdzie tam, jeszcze kawał drogi.

Gość znika z pola widzenia a jego błędny wzrok nie pozostawia złudzeń, co do tego jak zaczął dzień.

Chwilę później do moich nozdrzy dociera zapach nieświeżego faceta. W autobusie jest wiosennie ciepło, bo słonce nagrzało szyby. Szklarnia. Więc zapach się niesie i potęguje.

W pewnym momencie czuję, że ktoś puka mnie w ramie. Odwracam się i widzę tego gościa z jego kolegą. Nie wyjmując słuchawek z uszu pytam grzecznie:
- Czego?!
- Ueeeweee… – odpowiadają przytomnie.
Odwracam się ale nie dają za wygraną. Stukają mnie ramię ponownie i ten pierwszy macha do mnie zegarkiem na srebrnej bransolecie.
- Sprzedać chcę – mówi spinając się na jedno wyraźnie zdanie.
- Nie chcę – odwracam się i ostatnie 15 minut zamiast spać wyciągnięty siedzę pochylony do przodu, żeby już mnie nie zaczepiali.

Spać człowiekowi nie dadzą…

{r}

186

Brak komentarzy

Tyle słońca w całym mieście

Nowe MAN-y mają coś takiego, że strasznie szarpią. Nawet jak kierowca ma nogę lekką. A ten miał ciężką i jechał tak, że spać się nie dało. Tym bardziej w okolicy kabiny, z której dobywała się głośna muzyka przetykana co jakiś czas tradycyjnymi pozdrowieniami warszawskich szoferów:
- Gdzie, kurwa, jedziesz złamasie pierdolony?! – odezwał się do faceta, który zdezelowaną japońską terenówką nie chciał przepuścić rozpędzonego przegubowca.

- If you’re going to San Francisco be sure to wear some flowers in your hair – kawałek dalej z kabiny odezwał się Scott McKenzie.

- Ale szarpie, się przesiadł z osobowego i szarpie – z tyłu dobiegało narzekanie starszych pasażerek.

Złamas w szarym dresie coś tam jeszcz wołał do kierowcy przez okno, ale swoją determinację objawił dopiero przystanek dalej. Wiśniowy pojazd szerokim łukiem zajechał przed stojący w zatoczce autobus, kierowca wysiadł i z łapami ruszył do okienka kabiny autobusu.
- No co?! No co chuju jebany?! – zagaił machając rękoma. Zeszło z niego jednak dość szybko i odpuścił.

Z kabiny tym razem Anna Jantar: - Tyle słońca w całym mieście - trafiła w pogodę.

Na kolejnym przystanku wsiadła drobna blondynka. – Poproszę bilet. Cały. To znaczy nie wiem jaki, jakiś taki… – zaświergotała. – To znaczy jaki bilecik pani potrzebuje? – kierowca po styczności ze złamasem zmienił się nie do poznania. – Normalny? – dopytał.
- O tak, normalny.
- 3 złote, proszę pani.
- A ma pan wydać? – zapytała. A ja pomyślałem, że teraz się zacznie.
- Oczywiście – zaskoczył mnie szofer.
- To pan poszuka, a ja skasuję – zaszczebiotała blondynka i zaczęła rozglądać się za kasownikiem.
- Tylko niech się pani trzyma, bo szarpie – zawołał jeszcze kierowca i zamaszystym łukiem włączył przegubowca do ruchu.


  • RSS