autobus blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

359

5 komentarzy

Disco Chaos 2005 albo My name is Carlos. Carlos Santana.

Krótki Ikarus. Pusty, więc siadam na ulubionym miejscu (drugie od przodu, po prawej, koło okna. Jest fajne, bo można nogi oprzeć o nadkole i trochę zapaść się w niewygodne siedzenie. Rano dobre do spania, ale to już nie ta pora), nie mam nic do czytania, więc się nudzę.

Za mną siada para. Ona gada cały czas piskliwym głosem, on co jakiś czas wydaje z siebie zduszone „yhym”. Nie widzę ich póki co, ale brzmią jak dresiarz z drugą połową. Z kabiny kierowcy z trudem, ale słychać „Samba Pa Ti” Santany – kwintesencja jego stylu i chyba najbardziej znany kawałek, ograny do bólu i wymiotów.

Ona: Co to za piosenka? – pyta.
On: Nie wiem – odpowiada niski wokal.
Ona: Znana jakaś.
On: Yhym…
Ona: Nie wiem, może Hendrix.
On: Nieee…
Ona: Ale znana.
On: Yhym…
Ona: No nie wiem ale na pewno znam…
On: Z filmu chyba…
Ona: Może…

Chwilę słuchaamy zatem Hedrixa z filmu chyba. Mijamy reklamę piwa „Dog in the fog”.

Ona, tytułem skojarzenia, jak sądzę: … a byliśmy w sklepie i kupowaliśmy piwo i jakiś koleś nie jakieś panienki zapytały jakiegoś kolesia kupującego kratę zapytały jakie piwo mają kupić czy dobre…
On: Yhym…
Ona: … i powiedział że kobiece i że ma posmak czarnej porzeczki czułeś tam czarną porzeczkę?
On: Y-y.
Ona: … ja nie czułam dziwny jakiś nie wiem skąd ta porzeczka…

Santana kończy. Zaczyna się coś innego. Ja nie znam.

Ona: Kombi!
On: No!
Ona: A oni grają jeszcze?
On: Yhym…

Znaj znawców – myślę z podziwem. Wysiadam. Zerkam. Dwie małe, niewydarzone postaci o nieklasyfikowalnej urodzie i takiejż subkulturowej proweniencji uświadomiły mi właśnie, że jestem wychowany w rockowej tradycji.
Nie ma przypadków.
Tato mówił na mnie Carlos*.

{roody}

* Mam na imię Karol a Tato lubił Santanę i tak mu się czasem powiedziało.

Tramwaj pełen pawianów

Pomiędzy pocztą główną a Dietla. Ścisk, jak to zwykle po 16-tej.
Bombardier, jak zwykle na tej linii.
Okna zamknięte, jak zwykle.
Klimatyzacja wyłączona, jak zwykle. Kto by takie burżujstwa włączał.

Niemcy. Krzyczą. Jak zwykle.
Czytam Politykę. Jak zwykle.
Nagle Niemcy zaczynają krzyczeć hurtem: Halo! Haaalo!
Surreal.

Ok. Halo-halo, ale co z tego? Zero reakcji, a krzyk narasta. Komórki im zasięg tracą, czy co? Się wreszcie okazuje, że jakaś kobieta zemdlała, a niemiaszki próbują pomoc wezwać. Szybka akcja ratunkowa, zatrzymanie tramwaju, ciąg dalszy standardowy…

Natomiast ukraiński sposób na omdlenia to ssanie spiczki, czyli zapałki (a konkretnie siarkowej główki). Przetestowane. W autobusie, a jakże. Gdzieś na Zakarpaciu, dawno temu (smrodu jedzonej w autobusie słoniny z cebulą nie przebiją największe nawet hardcory eMPeKowego urban-survivalu). Na lato MPK powinno przygotować specjalne dystrybutory przy kasownikach. Ja z ulgą przesiadam się na rower.

Jeśli usłyszysz kogoś wołającego „Halo, haaalo” – podaj mu zapałkę.

gościnnie:
{narcyz}

116

2 komentarzy

Mystery bus

Jim Jarmush za kierownicą 116. Trochę się w latach posunął. Na półeczce miał gumę do żucia (stąd wiem, że nawet grymasy takie same jak u Jima), goldeny (laki starjki powinny być raczej), długopis i bletki z kolorowymi listkami gandzi na opakowaniu. Stąd pytanie:
- Czy aby na pewno jedzie Pan na Wilanów, panie Jarmush?

{roody}

519

8 komentarzy

Zła jazda

Wszyscy jacyś paskudni. Jakbym – nie wiem, nie próbowałem, ale tak sobie wyobrażam – się zagrzybił i dostał jakiejś złej jazdy, w której każda osoba z mojego otoczenia zmienia się i przepoczwarza. Tu się wykrzywia, tam się rozciąga. Każda twarz jakby wyciągnięta z koszmarnego snu. Jak na zakręcie zarzuciło mną (stałem, w tym miejscu na wózki) i moją głową to naprawdę na chwilę się poczułem jakbym opływał… oddalenie. I jeszcze sąsiedzi z bloku też ci najbrzydsi jechali. Nie cierpię tego zdawkowego kiwania głową w autobusie pełnym sąsiadów, którzy znają mnie od dziecka. A upiorom z grzybowego koszmaru przecież nie będą kiwał.

Z ulgą wysiadłem.

{roody}

522

Brak komentarzy

Burza

Od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Dziecko w wózku wyje i nikt nie reaguje, jakby jechało samo. Obok przepychanka. 3 dziewczyny, lat około 18, normalnie ubrane. Jedna blada jak ściana.
- Potrzymaj mi colę.
- Nie ma jak.
- To ją potrzymaj. Nie, czekaj, może mi pani potrzymać colę?
- Mhmh…
- O Boże!
- Dobrze, teraz, czekaj…
- Pewnie naćpana!
- Tak, narkomanka!
- Zemdlała, panu się to nigdy nie zdarzyło?
- No! Nie tym tonem!
Tabun ludzi podejrzliwie zerkających na te trzy wytoczył się na przystanek. Autobus ruszył. Znalazła się mama tego dzieciaka, wyciągnęła dziecko z wózka. Przestało płakać, uśmiechnęło się. Cisza i spokój. Wszystko razem trwało może 2 minuty, 2 przystanki.
Sezon na wiosenne burze.

{roody}


  • RSS