autobus blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

185

9 komentarzy

Linia życia

Już kiedyś o tym pisałem, bodaj w gazetowym konkursie na ulubiona linię (był taki kiedyś – możemy w komentarzach taki urządzić, jakby kto miał ochotę). Otóż jeżdżę nią od dziecka. Pamiętam narożne okna na rogu Potockiej i Drohickiej, których kiedyś nie umiałem nijak umiejscowić, ale które od zawsze sygnalizowały bliskość domu. Potem na tejże króciutkiej uliczce Drohickiej miałem kolegę z klasy, przyjaciela wręcz, ale przyjaciel wyemigrował do Gdyni i taka się ta przyjaźń urwała, niestety. Ale Drohicka odegrała tą jeszcze ważną rolę, że od przystanku o tej samej nazwie szło się nie do szkoły i to było pierwsze miejsce, do którego samodzielnie jeździłem 185.

Potem wypuszczać się zacząłem na pl. Wilsona, a konkretnie z tymże przyjacielem na kurs angielskiego do szkoły przy ul. Filareckiej (do której lat sporo wcześniej uczęszczał był mój Tato). I tak plac. Wilsona znalazł się w mojej orbicie komunikacyjnej – a wraz z nim świat i ludzie, mnogość linii, połączeń i możliwości, które miałem odkrywać w dalszym życiu. A linia 185, uciekająca bokiem ku Wisłostradzie jawiła mi się jako nieatrakcyjna, peryferyjna i nie warta uwagi.

Gdzieś w między czasie – ale trudnym do zlokalizowania – jeździłem na basen na Namysłowskiej. I czasem przesiadka z tramwaju do 185 w okolicy tych kręconych schodów mostu Gdańskiego miała miejsce. Ale to wspominam źle, bo tam trener pojebany rzucał we mnie styropianowymi deskami, co poniekąd może tłumaczyć, dlaczego nie dane mi było nauczyć się pływać już w wieku dziecięcym, i przez co ze wspomnianym zresztą przyjacielem musieliśmy w wieku późniejszym robić z siebie debili w grupie przedszkolaków. Ale w końcu się nauczyliśmy.

Do liceum jeździć 185 było trudno, bo kierunek nie ten. Ale czasem znów jeździłem tam przez pl. Wilsona, gdzie – a jakże – ów przyjaciel się przeprowadził i skąd razem drałowaliśmy dzielnie na Bielany. I tak 12 lat edukacji upłynęło mi w przyjaźni z tymże facetem i na podróżowaniu 185.

Potem on pojechał nad morze a ja zdałem na socjologię i znów – to zadziwiające – okryłem linię 185. Wydział mieści się na Karowej i bliżej do niego z Krakowskiego, ale czasem rano zamiast przesiadki na Wilsoniaku wolałem pospać. A czasem miałem ochotę się przejść przez Mariensztat, który ma swój urok. Tak więc odkrywałem te peryferia: wodę koło Cytadeli, samą Cytadelę i jej czerwone mury, urok mostu Gdańskiego, zamek Królewski – wszystko to z dołu oglądałem otwierając oko, by sprawdzić, czym nie przespał przystanku.

A potem wysiadałem przed albo za mostem Kierbedzia i szedłem dołem ku wiaduktowi ul. Karowej. Jak zaspawali walące się schody, to musiałem obchodzić cały ślimak, co miało swój urok.

Studia skończyłem i jakież było moje zdziwienie kolejne miesięcy temu kilka gdy okazało się, że pracować będę na Czerniakowie i znów podróżowanie 185 będzie moim udziałem. A potem przypomniałem sobie, że Tato jeździł nim kiedyś do pracy na Sadybę.

Tak się zastanawiam, czy na końcu trasy jest cmentarz? Bo może by tak… No dobra, losu kusić nie będę. Ale droga życia mego się z trasą 185 wiąże nierozłącznie. Taka to magia miejskiej komunikacji.

A swoją drogą popełniłem swego czasu równie żałośnie sentymentalny tekst na tej samej kanwie oparty:

http://www.dyskusje.pl/w/470462

Banał i wtórność.

{roody}

Parostatkiem w piękny rejs…

Wpis jest absurdalnie nieaktualny, bo płynąłem stateczkiem miesiąc temu, ale w końcu się doczekał realizacji. Rozbawiła mnie możliwość dodania wpisu z takim właśnie opisem linii, której by dotyczył. Ale to nie jedyny powód, dla którego warto wspomnieć o tramwaju wodnym.

Z pokładu roztacza się bowiem dość niezwykły widok na – od południa płynąc – BUW, gdzie są nawet resztki przystani (aż się prosi o jakieś jej wykorzystanie), dalej na Zamek Królewski (odkąd wycięto część zasłaniających go drzew widać zaiste, iż jest on Królewski), który wyłania się jakby znad muru z kolorowym graffiti, co, śmiem twierdzić, podobałoby się ŚP prof. Gieysztorowi, dyrektorowi Zamku, który wypowiedział był na niezbyt długo przed śmiercią słowa, które ja z kolei bardzo lubię cytować:

Muszę przyznać, że niektóre rzeczy z tego, co młodzi ludzie malują na ścianach sprayem, są po prostu świetne. Widać, że w głowie człowieka, który to tworzył, coś się dzieje. To jest sztuka spontaniczna, która staje się autentyczną sztuką masową. Masową odpowiedzią na szarość.” (Aleksander Gieysztor, Gazeta Wyborcza, luty 1999).

Cóż to było za wielokrotnie złożone zdanie!

Dalej ów widok obejmuje Miasto Stare oraz Nowe (niby podobnie, jak z Wisłostrady, ale jednak inaczej) i Cytadelę ukrytą w zieleni, a w dalekiej perspektywie warszawskie wieżowce. Podobny widok można też zobaczyć z plaży na praskim brzegu Wisły – o zachodzie słońca robi się naprawdę fantastycznie.

W kwestii widoków na miasto warta polecenia jest też wycieczka na Kopiec Powstania Warszawskiego, gdzie od wczoraj przez 63 dni palić się ma ognisko. I palić się będzie, o ile Strażnicy Miejscy dopilnują. A pilnować trzeba, bo już pierwszej nocy okoliczne dresiarstwo przyszło sprawdzić, czy aby nie można tam komuś mordy obić ku pamięci Powstania Warszawskiego i bohaterów jego. Polecam spacer o zachodzie słońca. Strażnikom towarzystwo na pewno miłym będzie.

A jak statek płynie na Zalew Zegrzyński, to przez śluzę na Żeraniu – i to jest już zupełnie niesamowite!

{roody}


  • RSS