Refleksja naszła mnie w 141, ale dotyczy niemal wszystkich linii.

Ciemność, widzę ciemność

Ostatnio moja redakcyjna koleżanka poleciła sposób na warszawskie korki: przesiąść się do autobusu i zabrać ciekawą lekturę. Z codziennej praktyki wiem jednak, że to nie takie proste. Gdy na ulicach są korki, w autobusach też panuje tłok. Ciężko otworzyć książkę, o gazecie nie wspominając. Załóżmy jednak, że wsiadamy do ciepłego autobusu z wolnymi miejscami – nic tylko zasiąść do lektury.I tu kolejna przeszkoda: ciemność.

W pochmurne jesienne dni w miejskich autobusach czytać się nie da, bo okna są zalepione wielkoformatowymi reklamami. Drukują je na plastikowej siatce – gdy na zewnątrz świeci słońce to nawet miłe, bo nie razi w oczy. Ale gdy go nie ma, to nawet w środku dnia środku jest szaro. A popołudniowe korki o tej porze roku wypadają już po zmroku. W autobusach zapalają się światła. Panuje wszak w tym względzie dziwny zwyczaj. Czy to z oszczędności, czy też może z przekory pali się tylko połowa lamp. A i te włączone, szczególnie w starych ikarusach, ćmią się ledwie pod sufitem. Bezpośrednio pod taką lampą można od biedy poczytać, jeśli książka ma duże litery. Dwa miejsca dalej nie można nawet oglądać obrazków.

Może by tak miejskie autobusy przyłączyły się do walki z postępującym analfabetyzmem? Więcej światła, kierowcy!

pierwotnie opublikowany w:
Gazeta Stołeczna, piątek, 25.11.2005

[>klik<]

PS: To już i tak chyba żadna tajemnica? ;)