Powodów siedem miłości do 107

W gazecie codziennej nie zwykło się pisać o miłości. Ja jednak pragnę wyznać: kocham 107. Po pierwsze za to, że ma najwięcej przystanków (54) wśród wszystkich autobusowych linii dziennych w Warszawie, a jego trasa z Ursynowa na Muranów z lotu ptaka jest długa i kręta niczym koryto Amazonki. Po drugie dlatego, że autobusy z numerem 107 to pojazdy niewymiarowe i wymykające się wszelkim standardom. Bardziej przypominają wycieczkowe busiki z demobilu niż współczesne środki miejskiej komunikacji. W takich warunkach nikt nie poczuje się anonimowy. Wręcz przeciwnie, automatycznie tworzy się lokalne forum, na którym współpasażerowie wymieniają uwagi a to o popołudniowych korkach, a to o życiu. Żal wysiadać. Za inicjowanie postaw obywatelskich kocham 107 po trzecie. A kolejny powód to taki, że w mojej miłości nie jestem osamotniona. Wśród internetowej społeczności Grono.net linia doczekała się grona wielbicieli o nazwie: „107 – on jest wszędzie”. Poruszane wątki dotyczą kwestii zarówno praktycznych, np. częstotliwości kontroli biletów, jak i emocjonalnych („107 jest the best”). Zaś za motto posłużyć może wypowiedź jednego z gronowiczów: „Zgubiłeś się w Wawie? Wsiadaj w 107, na pewno gdzieś dojedziesz”. Trudno się nie zgodzić. Autobus przemierza zarówno tajemnicze zakamarki stolicy, jak i główne jej arterie (Marszałkowska, Czerniakowska, Puławska). Dlatego wsiadając doń, jednego możecie być pewni – dotrzecie tam, gdzie wam akurat pasuje. Zajmie to wprawdzie pięć razy dłużej niż innym środkiem transportu, bowiem 107 po ulicach sunie niespiesznie. I za to, że stanowi antidotum na wielkomiejski pośpiech, kocham go po piąte. Po szóste zaś dlatego, że ma swój prywatny przystanek (i to nie byle jaki – z wiatą i city lightem) naprzeciw hotelu Grand. Wreszcie za to, że jest niezależny i nieujarzmiony, i przyjeżdża zawsze o 10 minut za wcześnie lub o 10 za późno, lecz w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do kalkulacji pasażera. Na 107 po prostu trzeba poczekać. Choć zdarza się, że niczym autobus widmo pojawia się na przystanku w najmniej spodziewanym momencie.

A wczoraj wieczorem 107 pomylił trasę i zamiast skręcić z Odyńca w Niepodległości, pojechał prosto w kierunku Wołoskiej, a potem nagle w bocznej uliczce wykonał manewr jak w amerykańskim filmie akcji i zawrócił jak gdyby nigdy nic. Żaden z pasażerów się nie zdziwił. Podejrzewam, że nawet nie zauważył.

Magda Dubrowska
Gazeta Stołeczna, 06.01.2006

Pozwoliłem sobie na to, bo Magda jest nie tylko koleżanką po fachu i przez biurko, ale też z roku a poza tym jej felieton jest świetny i doskonale ujmuje to, co wszyscy kochamy w niezwykłej linii 107 :)