autobus blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

197

9 komentarzy


Dzień komunikacyjnych odkryć. Odkryłem nowy dojazd do pracy, który – będziemy to jeszcze sprawdzać – ma potencjał korkoomijalności. A w dodatku odkryłem nową dzielnicę. To znaczy taką, w której nigdy nie byłem. A wszystko dzięki nowej linii 197

To pierwszy warszawski autobus o tym numerze i zarazem najwyższy numer linii zwykłej. Uruchomiono ją w ostatnich dniach zeszłego roku i prawdę mówiąc nie sądziłem, że kiedyś mi się przyda. No ale wtedy nie mieszkałem na Marymoncie, na który teraz wróciłem. A 197 jeździ z Gwiaździstej, pętli przy której się wychowałem. Dziś przejechałem prawie całą trasę – wprawdzie wsiadłem przy Marymonckiej (nawiasem mówiąc przystanek ten jest na tablicy w autobusie oznaczony jako dogodna przesiadka w kierunku Mokotowa. No owszem, jest tu tramwaj na Mokotów, ale kto i po co miałby jechać z Woli na Mokotów przez Marymont?! ZTM przecenia chyba fantazję pasażerów) – ale odcinek od Gwiaździstej znam na pamięć.

Dalej 197 toczy się przez Bielany. Wszystko to moja okolica, moje dzieciństwo – spacerem do babci a potem spacerem ze szkoły do domu. Tu są ulice Podczaszyńskiego, Przybyszewskiego i Perzyńskiego a ja od 26 lat nie jestem w stanie zapamiętać która jest czyja. Ale teraz bywam tu rzadko, bo ani do babci ani do szkoły… W każdym razie z okien 197 widzę zmiany i mogę tylko pojękiwać, że nie było tej linii w czasach mojego liceum. Ile ja przez te 4 lata sposobów dojazdu do szkoły (znajdującej się w zasięgu spaceru, przypominam) musiałem wymyślić, gdzie i w co ja się nie przesiadałem. Absurd.

Kiedyś Podleśną i dalej do Kasprowicza jeździło 156 i to było wygodne. To był krótki okres, w czasie budowy trasy AK. Wtedy jeszcze 156 z mostu Grota jechało Wisłostradą do Gwiaździstej i miało przystanek obok pętli. Kto to dziś pamięta?

Linie w poprzek głównych szlaków komunikacyjnych promieniście rozchodzących się po Bielanach (Broniewskiego, Żeromskiego, Kasprowicza i Marymoncka) to nowość związana ze zbliżającym się w te rejony metrem. Pewnie jeszcze sto razy się to pozmienia – jak na razie 103 i 148 kręcą bardziej, niż kiedyś a przy okazji urodziła się dowozówka 197. Kiedyś może się stać ulubioną linią mieszkańców blokowiska na dolnym Marymoncie a na razie przemyka się raz na 30 minut taki mały autobusik. Skręca sobie w Broniewskiego, potem w Prymasa Tysiąclecia i tu niestety pewnie będzie w rano stawał w korku. Ale może tłok w nim mniejszy, niż w innych liniach tnących od mostu Grota? Zresztą jak bym wsiadał na pętli, to będę miał siedzące miejsce, tak?

Trasa to nuda – fascynowała, gdy ją otworzyli i gdy miałem samochód, bo czas podróży na Wolę czy Ochotę zmalał niewyobrażalnie. Dziś trudno mi sobie wyobrazić, jak te dzielnice radziły sobie bez niej. A 197 robi myk i miast pchać się w korek w tunelu przy Zachodnim skręca w Górczewksą, potem w Płocką i pruje prosto niemal do oporu. Ulicami Krzyżanowskiego i Brylowską dociera na Czyste. I to jest właśnie odkryta przeze mnie okolica. Nigdy nie dotarłem na tył szpitala wolskiego a tu się nagle okazało, że mam bezpośredni autobus pod dawne zbiorniki gazowe tamże. Pod te zbiorniki też nigdy nie dotarłem.

No i jeszcze przystanek czy dwa i jesteśmy na dworcu Zachodnim. Tyle, że na drugim końcu tunelu pod peronami. Ten odcinek pokonuję więc piechotą oglądając podwarsiaskie klimaty i pedzia sprzedającego stare czasopisma. Wypadam na Aleje i do pracy mam 3 przystanki i 3 autobusy. Normalnie przesiadałem się przystanek dalej, na rondzie Zesłańców, ale ta przesiadka z tunelem ma swój miejski styl. Gorzej w druga stronę – nie chciałbym na tym drugim końcu tunelu czekać pół godziny na 197 nawet z myślą, że tak szybko dojadę nim na Marymont.

Ale linia fajna.

12 stycznia

Tak zwany pechowy dzień. Czeka się pół godziny na mrozie na tramwaj, wszystkie niepotrzebne numery pojawiają się pod dwa razy, gdy człowiek rezygnuje, nadchodzi numer właściwy, do którego nie zdąży się wskoczyć.
(…)
Spędziłem dziś życie w tramwajach. Tramwaj warszawski jest ciągle symbolem i retortą egzystencji. Jego naturą jest brud i zapuszczenie. Jego przeznaczeniem wyzwalanie z ludzi instynktu wzajemnej nienawiści. Najmiłościwszy chrześcijanin przeistacza się w warszawskim tramwaju czystą biologię i zło. Zasadą psychologiczną tramwaju jest zmitologizowana, ślepa żądza pchania się do przodu i ślepy strach przed niemożnością opuszczenia go w porę. Niezwykle wyszukana nietolerancja bliźniego oraz niewyczerpany leksykon wyzwisk stanowią jego kulturę. Silniejszy w pysku i łokciu jest jego pozytywnym bohaterem, dumą jego folkloru. To, co dziś działo sie na trasie Mokotów – Krakowskie Przedmieście między konduktorem, pasażerami, niemowlakami w tłumokach, a nawet pewnym ukrytym w teczce psem, wymaga literatury większej niż ta, na jaką mnie stać.

Zresztą do kogo mieć żal i o co? Nędza i niewygoda, gorycz nie kończącego się czekania na przystankach, mróz, zaduch, unurzana w błocie podłoga sumują się nieuchronnie w nieprzytomnym ataku na drugiego upośledzonego, na takiego samego biedaka i ofiarę. Komunistom w to graj. W antycywilizacji, nawet najmierniejsze ułatwienie czy udogodnienie może być dyskontowane pośród fanfar, staje się osiągnięciem na miarę historii. Koszt jednego pierwszomajowego święta pokryłby chyba doprowadzenie warszawskiej komunikacji do poziomu szwedzkiej prowincji z końca ubiegłego stulecia, zaś pierwszych majów było już w Warszawie osiem. Lecz tylko szaleniec mógłby wystąpić z taką propozycją.

Leopold Tyrmand
Dziennik 1954

{r}

Nowy link dodałem po prawej. Fajny. I pokrewny tematycznie. Polecam.

{r}

Właściwie to powinienem Go rozpoznać od razu…

ubahn.jpg

Wsiadłem jak zawsze, na Leinestrasse, On już siedział. Na tych siedzeniach przy końcu wagonu, co nie są ustawione przodem albo tyłem do kierunku jazdy, tylko bokiem. Siadłem naprzeciwko Niego, po przekątnej. Mamrotał coś. Gapił się to na ludzi, to na Berliner Fenster – te ciekłokrystaliczne ekrany pod sufitem, na których dają reklamy, wiadomości, filmiki krótkometrażowe. Gapił się i komentował, Jego mamrotanie narastało, stało się nieco wyraźniejsze i wtedy dopiero mnie olśniło. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach następne było zdziwienie, że też Go nie rozpoznałem, nie zauważyłem, przegapiłem rzeczy oczywiste: skóropodobny kaszkiet, kurtkę rodem z bazaru, buty-cena-czyni-cuda, niedogolony zarost i te oczy, te oczy stanowiące integralną całość z monologiem, którego treść by powtórzyć to trzeba mieć co najmniej Dorota Masłowska na nazwisko. To jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne szczurze spojrzenie w którym strach miesza się w równych proporcjach z podziwem, wolą przeżycia i – last but not least – pogardą.

- Berlin, taaak. Ordnung. Heh. Guten Morgen. Alles klar. Europa. E-U-RO-PA. Einsteigen bitte… Chuje pierdolone. Hehehe. How are you? Do you speak english? Heh. Berlin…

- Co się gapisz, Niemcu pierdolony – wiązanka popłynęła z uśmiechniętego ryja. Taaak, chwilowo na wznoszącej mamy pogardę. Wartki monolog wulgaryzmów płynie najpierw w kierunku dwóch brzydkich jak noc Niemek, następnie w kierunku umundurowanego funkcjonariusza BVG. Ale Niemiec nie reaguje, nie takich świrów berlińskie metro widziało. Kolej pada na Turka, który siada dokładnie naprzeciwko mnie. Turek, w moim wieku, stara się zachować powagę, ale obaj nie możemy się powstrzymać, wybuchamy śmiechem. Turek śmieje się, bo wariat jak to wariat – bywa śmieszny. Mnie do łez bawi sytuacja. Nie mogę wprost zdzierżyć słuchając jak On odreagowuje swoją „głupią dumę narodową i kompleksy od stuleci” nie zdając sobie sprawy, że jego intymność językowa jest złudzeniem. Na Kottbuser Tor Turek wysiada, na szczęście przysiada się do mnie jakiś gość i skupia na sobie Jego uwagę, a ja nadal usiłuję stłumić śmiech. Ale gość wysiada na Heinrich-Heine-Strasse. Teraz musi paść na mnie. W ostatniej chwili, ale pada.

- Halo. Ich habe eine Frage.
- Tak. Słucham.

Zmieszanie.

- Jak dojechać na dworzec ZOO.
- Na tym albo następnym w S-Bahn, cokolwiek na Westkreuz.

Wysiadam, bo pociąg właśnie wtoczył się stację. Zostawiam Go z tym nagłym zdziwieniem a sam idąc ponurymi i wiecznie pustymi korytarzami Jannowitz-Brücke, zastanawiam się, czy to alkohol, przemęczenie, narkotyki? Chyba po prostu taki state of mind. Polsko-berliński.

Gościnnie… Jak jest po niemiecku {narcyz} ? ;)


  • RSS