Komerka

Przewaga bloga nad gazetą polega między innymi na tym, że mogę na nim władować tekst nawet_nie_krypto reklamowy bez konsekwencji. Więc ładuję.

Wiadomo, jak jest. Upał. Pot. Smród. Wczesnym popołudniem wracam z miasta do biura. W 17-tce ciepło, w uszach reggae, nastrój w górnych stanach wyższych, ale jednak do pracy jadę, nie na wakacje. W wagonie tylko kilka osób, bo to już prawie koniec trasy. Nagle podbiega do mnie dziewczyna i daje mi jogurt. Uśmiechnięta, wesoła leci przez wagon i rozdaje te jogurty wszystkim. Starcza nawet dla motorniczego i kolegi, co jedzie z nim w kabinie. Nawet po dwa rozdane z uśmiechem jogurty starcza dla każdego; dla mnie o smaku suszonych śliwek (pyszny) i moreli (jeszcze nie piłem).

Mniejsza o te jogurty – bardziej chodzi o dziecięcą radochę, jaką miała na twarzy wypisaną ta dziewczyna. W stu procentach przekonującą do produktu. I jak wszyscy w tramwaju wysiadłem z niego z uśmiechem na gębie, który się po prostu nie mógł nie udzielić.

Tak powinna wyglądać każda promocja.

{r}