Początek opowiadania jest taki, jak zawsze, jest może tylko trochę później niż zwykle. Koło południa. Jadę do pracy, śpię na swoim ulubionym miejscu (druga od przodu autobusu para foteli, pod oknem, bo można oprzeć nogi o nadkole i niemal się położyć).

Na Ochocie przednimi drzwiami autobusu wtacza się gość w skórzanej kurtce z czerwoną od gorzały mordą. Widzę go kontem oka, bo akurat lustruję sytuację i sprawdzam, czy aby nie przejechałem swojego przystanku. Ale gdzie tam, jeszcze kawał drogi.

Gość znika z pola widzenia a jego błędny wzrok nie pozostawia złudzeń, co do tego jak zaczął dzień.

Chwilę później do moich nozdrzy dociera zapach nieświeżego faceta. W autobusie jest wiosennie ciepło, bo słonce nagrzało szyby. Szklarnia. Więc zapach się niesie i potęguje.

W pewnym momencie czuję, że ktoś puka mnie w ramie. Odwracam się i widzę tego gościa z jego kolegą. Nie wyjmując słuchawek z uszu pytam grzecznie:
- Czego?!
- Ueeeweee… – odpowiadają przytomnie.
Odwracam się ale nie dają za wygraną. Stukają mnie ramię ponownie i ten pierwszy macha do mnie zegarkiem na srebrnej bransolecie.
- Sprzedać chcę – mówi spinając się na jedno wyraźnie zdanie.
- Nie chcę – odwracam się i ostatnie 15 minut zamiast spać wyciągnięty siedzę pochylony do przodu, żeby już mnie nie zaczepiali.

Spać człowiekowi nie dadzą…

{r}