Święto zmarłych

Kac, potworny jak rzadko który. W drodze do pracy boli podwójnie, ale co zrobić – jechać trzeba. Sam się zgłosiłem na świąteczny dyżur przecież, więc tłukę się z przesiadkami przez całe miasto i dogorywam.

W uszach muzyka, z cicha, bardziej dla podtrzymania funkcji życiowych, niż dla jakiejkolwiek przyjemności. Po drodze, pod drzewem, kontrolny paw.

Autobus. Metro. Tramwaj. Na Mokotowie do tramwaju wsiada typ rodem z poprzedniej notki. Siada z przodu, daleko, ale tym razem chyba nawet nie poczułbym, gdyby usiadł bliżej, bo sam zionę nie gorzej.

- Następny przystanek, Rzymowskiego – odzywa się automat.
- A ciszej kurwa nie można, do chuja jebanego – odpowiada mu typ.

Wyjątkowo muszę się zgodzić – świdrujący głos automatu przebija się przez muzykę i zabija mnie co przystanek od Pola Mokotowskiego. Wcześniej w metrze Jasieński też żyć nie dawał, ale on ma przynajmniej miły głos, a w tramwajach mówi jakiś cyborg z matriksa.

- Nie słyszę, co mówisz, w tramwaju jestem – z tyłu jakaś laska rozmawia przez komórkę. – No nie słyszę! – wrzeszczy.

- Następna – myślę sobie.
- Ciszej tam z tyłu, kurwa w dupę jebana – typ znów doskonale wyraża moje myśli.
- Zaraz pana wyproszę – kończy dialogi motornicza, która wychyliła się z kabiny.
- Przystanek Rzymowskiego – puentuje automat.

Typ i laska wysiadają. Motornicza i ja jedziemy dalej. Łeb pęka.

{r}