Kosmita

Jesień. Świeci słońce, w tramwaju nie ma tłoku, jest miło.

Wsiadł przy Postępu. Metr siedemdziesiąt, szare buty – adidasy w stylu lat 80., granatowe dżinsy, turecki sweter, a pod nim koszula w kratę. Około czterdziestki, ale równie dobrze mógł mieć ponad 50 lat. „Taki zupełnie podobny do nikogo”. Kurtka w kolorze nieokreślonym, po prostu ciemna, w ręku foliowa siatka z trzema Warkami. W butelkach. Jak wsiadał to brzęczały.
Zawsze jak patrze na twarze takich ludzi to widać na nich zmęczenie, a w oczach smutek. Ten jednak nie był typowy.

On pikał!

W dłoni ściskał różowe, pomalowane w kwiatki jajko z małym ciekłokrystalicznym wyświetlaczem. Kciukiem sprawnie skakał po trzech przyciskach wywołując z jajka kolejne piski. Tak to było Tamagotchi. Facet był całkowicie pochłonięty hodowaniem elektronicznego bytu. Nie zwracał na nikogo uwagi. Przy Taśmowej wstał i nieodrywając wzroku od malutkiego ekraniku wysiadł. Przeszedł przez Marynarską wpatrzony w swojego Tamagotchi. Z pochyloną głową skierował się w kierunku rozpadających się magazynów…

gościnnie RG