autobus blog

Twój nowy blog

12 stycznia

Tak zwany pechowy dzień. Czeka się pół godziny na mrozie na tramwaj, wszystkie niepotrzebne numery pojawiają się pod dwa razy, gdy człowiek rezygnuje, nadchodzi numer właściwy, do którego nie zdąży się wskoczyć.
(…)
Spędziłem dziś życie w tramwajach. Tramwaj warszawski jest ciągle symbolem i retortą egzystencji. Jego naturą jest brud i zapuszczenie. Jego przeznaczeniem wyzwalanie z ludzi instynktu wzajemnej nienawiści. Najmiłościwszy chrześcijanin przeistacza się w warszawskim tramwaju czystą biologię i zło. Zasadą psychologiczną tramwaju jest zmitologizowana, ślepa żądza pchania się do przodu i ślepy strach przed niemożnością opuszczenia go w porę. Niezwykle wyszukana nietolerancja bliźniego oraz niewyczerpany leksykon wyzwisk stanowią jego kulturę. Silniejszy w pysku i łokciu jest jego pozytywnym bohaterem, dumą jego folkloru. To, co dziś działo sie na trasie Mokotów – Krakowskie Przedmieście między konduktorem, pasażerami, niemowlakami w tłumokach, a nawet pewnym ukrytym w teczce psem, wymaga literatury większej niż ta, na jaką mnie stać.

Zresztą do kogo mieć żal i o co? Nędza i niewygoda, gorycz nie kończącego się czekania na przystankach, mróz, zaduch, unurzana w błocie podłoga sumują się nieuchronnie w nieprzytomnym ataku na drugiego upośledzonego, na takiego samego biedaka i ofiarę. Komunistom w to graj. W antycywilizacji, nawet najmierniejsze ułatwienie czy udogodnienie może być dyskontowane pośród fanfar, staje się osiągnięciem na miarę historii. Koszt jednego pierwszomajowego święta pokryłby chyba doprowadzenie warszawskiej komunikacji do poziomu szwedzkiej prowincji z końca ubiegłego stulecia, zaś pierwszych majów było już w Warszawie osiem. Lecz tylko szaleniec mógłby wystąpić z taką propozycją.

Leopold Tyrmand
Dziennik 1954

{r}

Nowy link dodałem po prawej. Fajny. I pokrewny tematycznie. Polecam.

{r}

Właściwie to powinienem Go rozpoznać od razu…

ubahn.jpg

Wsiadłem jak zawsze, na Leinestrasse, On już siedział. Na tych siedzeniach przy końcu wagonu, co nie są ustawione przodem albo tyłem do kierunku jazdy, tylko bokiem. Siadłem naprzeciwko Niego, po przekątnej. Mamrotał coś. Gapił się to na ludzi, to na Berliner Fenster – te ciekłokrystaliczne ekrany pod sufitem, na których dają reklamy, wiadomości, filmiki krótkometrażowe. Gapił się i komentował, Jego mamrotanie narastało, stało się nieco wyraźniejsze i wtedy dopiero mnie olśniło. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach następne było zdziwienie, że też Go nie rozpoznałem, nie zauważyłem, przegapiłem rzeczy oczywiste: skóropodobny kaszkiet, kurtkę rodem z bazaru, buty-cena-czyni-cuda, niedogolony zarost i te oczy, te oczy stanowiące integralną całość z monologiem, którego treść by powtórzyć to trzeba mieć co najmniej Dorota Masłowska na nazwisko. To jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne szczurze spojrzenie w którym strach miesza się w równych proporcjach z podziwem, wolą przeżycia i – last but not least – pogardą.

- Berlin, taaak. Ordnung. Heh. Guten Morgen. Alles klar. Europa. E-U-RO-PA. Einsteigen bitte… Chuje pierdolone. Hehehe. How are you? Do you speak english? Heh. Berlin…

- Co się gapisz, Niemcu pierdolony – wiązanka popłynęła z uśmiechniętego ryja. Taaak, chwilowo na wznoszącej mamy pogardę. Wartki monolog wulgaryzmów płynie najpierw w kierunku dwóch brzydkich jak noc Niemek, następnie w kierunku umundurowanego funkcjonariusza BVG. Ale Niemiec nie reaguje, nie takich świrów berlińskie metro widziało. Kolej pada na Turka, który siada dokładnie naprzeciwko mnie. Turek, w moim wieku, stara się zachować powagę, ale obaj nie możemy się powstrzymać, wybuchamy śmiechem. Turek śmieje się, bo wariat jak to wariat – bywa śmieszny. Mnie do łez bawi sytuacja. Nie mogę wprost zdzierżyć słuchając jak On odreagowuje swoją „głupią dumę narodową i kompleksy od stuleci” nie zdając sobie sprawy, że jego intymność językowa jest złudzeniem. Na Kottbuser Tor Turek wysiada, na szczęście przysiada się do mnie jakiś gość i skupia na sobie Jego uwagę, a ja nadal usiłuję stłumić śmiech. Ale gość wysiada na Heinrich-Heine-Strasse. Teraz musi paść na mnie. W ostatniej chwili, ale pada.

- Halo. Ich habe eine Frage.
- Tak. Słucham.

Zmieszanie.

- Jak dojechać na dworzec ZOO.
- Na tym albo następnym w S-Bahn, cokolwiek na Westkreuz.

Wysiadam, bo pociąg właśnie wtoczył się stację. Zostawiam Go z tym nagłym zdziwieniem a sam idąc ponurymi i wiecznie pustymi korytarzami Jannowitz-Brücke, zastanawiam się, czy to alkohol, przemęczenie, narkotyki? Chyba po prostu taki state of mind. Polsko-berliński.

Gościnnie… Jak jest po niemiecku {narcyz} ? ;)

Motto

4 komentarzy

Ostatnimi czasami jest mi jakoś bliski ten tekst, a poza tym właściwie nie trzeba tłumaczyć dlaczego się tu znalazł, prawda? Dobry T.Love, jeszcze z punkowym kopem, dobrą gitarą itd. A słowa mówią same za siebie.
Ziggy Staszczyk, mój oficjalny sobowtór – „Autobusy i tramwaje”

Takie zwykłe masz ciało, takie szare
Takie nudne są dni, bo takie same
Gdy o świcie do pracy swojej wstajesz
Takie zwykłe masz ciało, bo takie szare
Autobusy i tramwaje
Autobusy i tramwaje
Takie złe i zmęczone ludzkie twarze
Alkoholem skropione bez wyrazu
Toczą życie o świcie po trotuarze
Takie złe i zmęczone ludzkie twarze
Taksówkarze i cinkciarze
Taksówkarze i cinkciarze


A poza tym wchodzą mi ostatnio dwa zimowe kawałki o skandynawskich tytułach – „Filandia” i „Norwegia”. Pierwszy z tej płyty, co w poprzednim wpisie a drugi to jakaś produkcja Olafa z Berlina, z bliżej nieokreślonym zespołem. Ale dość już spraw osobistych, nie ten blog.
{r}

186

2 komentarzy

Soundtrack to my life*

Mroźne, słoneczne wczesne popołudnie. W nieświeżym autobusie woń roztacza równie nieświeża para. Zakapturzeni siedzą do mnie tyłem, przed sobą mają kolorowy dziecięcy wózek, którego zwartości wolę się nie domyślać. Nie płacze w każdym razie, tylko nie wiem, czy to ma mnie uspokajać, czy raczej niepokoić.
- Uededebe… – spod lewego kaptura słychać nieartykułowane dźwięki.
- A macałeś tą kurwę, macałeś?! – prawy kaptur zarysował problematykę sporu w sposób czytelny dla reszty pasażerów, lecz ci głodni odpowiedzi zawiedli się słysząc w jej ramach tylko ten sam bełkot spod lewego kaptura.

Lewy do prawego zaczął się natarczywie przytulać, dzięki czemu pasażerowie mogli usłyszeć jeszcze kilka soczystych uwag przetykanych tajemniczym bełkotem.

Dwa miejsca dalej siedziała para w wieku szkolnym. On w jakiejś tajemniczo niekształtnej czapce, co po zdjęciu okazało się mieć związek z nieprzyzwoicie odstającymi uszami. Dresiarz, ale nie taki agresywny, tylko taki… chłopak ze smutnego blokowiska. Ją charakteryzowały głównie głęboko osadzone oczy i coś – nie mogłem się pozbyć tego wrażenia – coś takiego w twarzy, co bez trudu pozwalało zobaczyć ją za parę lat w miejscu tej spod lewego kaptura a towarzystwo tego smutnego chłopaka to wrażenie jeszcze potęgowało.

A w uszach Linda na zmianę ze Świetlickim dołują coraz bardziej uzupełniając widok tych dwóch par o smutne tło. Z tej muzyki zniknęła nagle ironia a pozostał tylko smutny obrazek polskiej rzeczywistości gdzieś między Bródnem a Wolą.

Wysiadłem. W dziecięcym wózku zdążyłem jeszcze zobaczyć worek pustych puszek po piwie. Na szczęście.

{r}

* Tę notkę czytać należy z podkładem dźwiękowym: Linda i Świetliki – „Znowu się kłócą”.

107

5 komentarzy

Powodów siedem miłości do 107

W gazecie codziennej nie zwykło się pisać o miłości. Ja jednak pragnę wyznać: kocham 107. Po pierwsze za to, że ma najwięcej przystanków (54) wśród wszystkich autobusowych linii dziennych w Warszawie, a jego trasa z Ursynowa na Muranów z lotu ptaka jest długa i kręta niczym koryto Amazonki. Po drugie dlatego, że autobusy z numerem 107 to pojazdy niewymiarowe i wymykające się wszelkim standardom. Bardziej przypominają wycieczkowe busiki z demobilu niż współczesne środki miejskiej komunikacji. W takich warunkach nikt nie poczuje się anonimowy. Wręcz przeciwnie, automatycznie tworzy się lokalne forum, na którym współpasażerowie wymieniają uwagi a to o popołudniowych korkach, a to o życiu. Żal wysiadać. Za inicjowanie postaw obywatelskich kocham 107 po trzecie. A kolejny powód to taki, że w mojej miłości nie jestem osamotniona. Wśród internetowej społeczności Grono.net linia doczekała się grona wielbicieli o nazwie: „107 – on jest wszędzie”. Poruszane wątki dotyczą kwestii zarówno praktycznych, np. częstotliwości kontroli biletów, jak i emocjonalnych („107 jest the best”). Zaś za motto posłużyć może wypowiedź jednego z gronowiczów: „Zgubiłeś się w Wawie? Wsiadaj w 107, na pewno gdzieś dojedziesz”. Trudno się nie zgodzić. Autobus przemierza zarówno tajemnicze zakamarki stolicy, jak i główne jej arterie (Marszałkowska, Czerniakowska, Puławska). Dlatego wsiadając doń, jednego możecie być pewni – dotrzecie tam, gdzie wam akurat pasuje. Zajmie to wprawdzie pięć razy dłużej niż innym środkiem transportu, bowiem 107 po ulicach sunie niespiesznie. I za to, że stanowi antidotum na wielkomiejski pośpiech, kocham go po piąte. Po szóste zaś dlatego, że ma swój prywatny przystanek (i to nie byle jaki – z wiatą i city lightem) naprzeciw hotelu Grand. Wreszcie za to, że jest niezależny i nieujarzmiony, i przyjeżdża zawsze o 10 minut za wcześnie lub o 10 za późno, lecz w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do kalkulacji pasażera. Na 107 po prostu trzeba poczekać. Choć zdarza się, że niczym autobus widmo pojawia się na przystanku w najmniej spodziewanym momencie.

A wczoraj wieczorem 107 pomylił trasę i zamiast skręcić z Odyńca w Niepodległości, pojechał prosto w kierunku Wołoskiej, a potem nagle w bocznej uliczce wykonał manewr jak w amerykańskim filmie akcji i zawrócił jak gdyby nigdy nic. Żaden z pasażerów się nie zdziwił. Podejrzewam, że nawet nie zauważył.

Magda Dubrowska
Gazeta Stołeczna, 06.01.2006

Pozwoliłem sobie na to, bo Magda jest nie tylko koleżanką po fachu i przez biurko, ale też z roku a poza tym jej felieton jest świetny i doskonale ujmuje to, co wszyscy kochamy w niezwykłej linii 107 :)

Siedmiu wspaniałych

Nowa promocja w środkach komunikacji!
Zbierz wszystkich siedmiu:

milion.jpg

Ósmego dostaniesz gratis :P

{r}

157

Brak komentarzy

Wczesne świąteczne popołudnie. W brudnym, zabłoconym autobusie śmierdzi tak, jak śmierdzi, gdy jedzie bezdomny; moczem, kałem, wymiocinami i wiekowym brudem. Ale to nie tak, że jechał przed chwilą i właśnie wysiadł. To śmierdzi cały autobus. Poświątecznie.

Wieczorem ląduję na dworcu Centralnym. Ten sam zapach, tylko z nutą kolejowego smaru. Zapach podróży.

Miasto śmierdzi. W święta czuje się bardziej.

{r}

26

1 komentarz

Wigilia

Pogoda zimowa: plus 2 stopnie, leje deszcz, bardziej to przypomina kwiecień, niż grudzień (a jak trzy dni temu spadł śnieg i był mróz, to przez chwilę się zdawało, że w tym roku pogoda ma idealne wyczucie, nic z tego). Późne popołudnie. Wsiadam do tramwaju na placu Bankowym. Dwa przystanki wigilijnej atmosfery.

Już na przystanku słyszę za sobą jakieś wrzaski i widzę jak wąsaty tatko z całej siły przypierdolił płaczącej córce, którą matka za rękę wyciągała za sobą po schodach ze stacji metra. W wagonie sami śmierdzący faceci, jakby to był pierwszy tramwaj do Huty tego dnia a nie ostatnie kursy przed wigilijnymi kolacjami. Smród potu miesza się z alkoholem. Tępy wzrok. Z tyłu dwaj dresiarze. W ich oczach świadomość, że jak nie w te, jak nie w następne święte, to w któreś będą takimi samymi typami z wąsami w wigilijnym tramwaju.

Wesoła rodzinka z przystanku siada. On z tyłu, ona, twarz życiem sterana, z dzieckiem, które przestało wreszcie ryczeć na kolanach. Przed nimi starsza pani ubrana z pozorami elegancji i zachowująca pozory godności. Przed nią, odwrócony do rodziny lump, któremu nogi odmówiły już posłuszeństwa i leżą bezwładnie na podłodze gada coś do przerażonego dziecka. Mam zniesmaczona, ojciec – przed chwilą jeszcze taki bohaterski, męski i zdecydowany w roli wychowawcy – teraz bezradnie patrzy się na lumpa.

Co mówią?
Nie wiem.
Od paru dni znów jeżdżę z muzyką na uszach. Nie chce ich słyszeć. Nie chcę wiedzieć, czym żyje warszawski tramwaj. Nie przed świętami.

{r}

Pocztówka z Krakowa

„To nasze nowatorskie rozwiązanie” – tako rzecze dyrektor Zarządu Dróg i Komunikacji Jan Tajster. Nowatorstwo owego rozwiązania polega na tym, że na świeżo wyremontowanym za 30 mln PLN torowisku zakręt jest tak ostry, że tramwaje się na nim wykolejają. Niewątpliwie, konstrukcji tak nowatorskiej nie ma ani Warszawa, ani Łódź, ani nawet Wrocław…

No, ale jeden zakręt nie wyczerpuje inwencji i nowatorstwa krakowskich daroźnych inżiniorow. Na tym samym (przypominam – świeżo wyremontowanym) odcinku perony przystanków zbudowano w taki sposób, że duma krakowskiego MPK – niskopodłogowe bombardiery, nie mogą otworzyć drzwi. A ledwie parę miesięcy temu przy okazji remontu skrzyżowania ul. Lubicz z Westerplatte prowadząc tory
rozminięto się na wzór słynnego wąchockiego mostu autostradowego. Przy czym – o dziwo – błąd został wykryty na etapie projektu, co niewątpliwie świadczy, że z myśleniem abstrakcyjnym nie jest w grodzie Kraka aż tak źle, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Co prawda fama głosi, że motornizy boją się mijać na skrzyżowaniu, bo tory poprowadzono zbyt blisko siebie, ale to na pewno wraża propaganda. Na szczęście idzie zima i wobec jej zupełnie niespodziewanego nagłego ataku na pewno przybledną wszystkie inne problemy.

Co bardziej przezorni podróżni już trenują:
200502.jpg

A co z feralnym nowatorskim zakrętem Otóż rozwiązaniem ma być znak ograniczenia prędkości. To tak gwoli wyjaśnienia etymologii pojęcia „Krakowski Szybki Tramwaj” – chodzi oczywiście o tą szybkę, która pęka jak tramwaj się wykoleja.

Z Cesarsko-Królewskim pozdrowieniem,
{narcyz}


  • RSS