autobus blog

Twój nowy blog

metro

1 komentarz

„Następna stacja, Plac Wilsona” – od piątku można usłyszeć taki komunikat. I głos pana Jasieńskiego mówi nazwę przez W! Wzruszam się serdecznie, gdy to słyszę.

{roody}

119

6 komentarzy

Bład Matrixa

Od średniowiecza są nieodłącznym elementem życia w mieście. Świry, dziwacy, freaki. Kiedyś wędrowni kaznodzieje i pokutnicy dziś kierują ruchem na skrzyżowaniach albo wygrażają Żydom i masonom w autobusach. Budzą śmiech, litość, zażenowanie lub przerażenie. Często otacza ich tajemnicza aura, nierzadko też smród. Potrafią rozbawić, ale potrafią też popsuć dzień. Są jak błędy Matrixa, który nas otacza.

Wtorkowe popołudnie. Słoneczny dzień między kolejnymi śnieżycami. Do autobusu wsiada facet ubrany zwyczajnie, tylko obładowany kilkoma plecakami, z walizką na kółkach. Zaczyna wykrzykiwać słowa w różnych językach. Niemiecki, francuski, polski, angielski – cała Unia Europejska w jednej osobie. Mimo tłoku koło niego robi się luźno. Na kolejnym przystanku wsiadają dwie młode Azjatki. Wesoło rozmawiają w swoim języku – wietnamskim, koreańskim, może japońskim? Nie wiem. A rodzimy poliglota milknie. Odebrało mu wszystkie języki. Został pokonany. Matrix zareagował błyskawicznie – strażnicy zneutralizowali błąd. 119 jedzie dalej. Spokój, cisza. Słońce z wiosennym zapałem topi śnieg.

{roody}

Zmiany, zmiany, zmiany…

Autorka się stanowczo odcięła i jeździ samochodem (sic!) ;)
Tak oto zostałem sam na włościach komunikacyjnych. Trochę się nieswojo czuję – fakt posiadania własnego blogaska spadł na mnie raczej niespodziewanie. Nie tak się to chyba zazwyczaj odbywa.

Odcinając się zabrała linki. Na ich miejsce dałem kilka nowych, niekoniecznie oryginalnych.

Nie zmienia się formuła. Z regularnością będzie, jak wyjdzie. Po paru miesiącach gnicia w domu znów więcej jeżdżę i na razie obserwuję miasto, masy i maszyny. Niby się nie zmieniło, ale mam wrażenie, jakbym wrócił po dłuższej nieobecności i tym się aktualnie upajam. Przez to się nie mogę skoncentrować na współpasażerach.

Śmiesznie się złożyło, że nadal kursujemy po trasie Marymont – Czerniaków.

Nabór nowych kierowców trwa – prawo jazdy odpowiedniej kategorii trzeba wysyłać na roody102małpaWPkropkaPL.

A ja się oswajam.

{roody}

O autobusie.

Kiedyś w autobusie jadącym na Żoliborz jakaś pani spytała konduktorkę:
- Proszę panią, czy to już Nowy Świat?
- Nie, Miodowa. A dokąd pani jedzie?
- Ja? Do moji bratowy.

Potem, gdy na uniwersytecie uczono mnie socjologii, ten dialog stanowiłby dobry przykład objaśniający kilka elementarnych pojęć tej dyscypliny. Myślę, że mógłbym dokładnie określić czas tej rozmowy, tak zresztą jak czas wszystkiego, czego doświadczyłem w autobusie z Żoliborza.

Zdarzyło się to z pewnością w czasach, gdy jeszcze były konduktorki, a zarazem mogło to nastąpić już po uruchomieniu linii łączącej Sady Żoliborskie z Ogrodem Botanicznym, linii rozpoczynającej się na Powązkach, skąd najpewniej jechała owa pani, więc gdzieś w roku 1965.

Przedtem autobus łączący Żoliborz z miastem – 116, dawniej Ł – kursował między placem Wilsona (którego nowa nazwa w ciągu dwudziestu lat jakoś się jeszcze nie przyjęła w dzielnicy) a placem Trzech Krzyży.

Zacząłem nim regularnie jeździć od roku 1950, wracając ze szkoły Batorego. Rankami jeździłem raczej za lub obok, przy nie zamykających się jeszcze wówczas automatycznie drzwiach, niż ściśle w środku autobusu. Jeśli wracałem bezpośrednio po sześciu lekcjach, do mego autobusu zawsze wsiadała na placu Trzech Krzyży szczupła młoda pani, bardzo delikatnej urody, o włosach koloru odrobinę zszarzałego zboża, zwiniętych w płaski kok. Nie umiałem wtedy jeszcze opisać jej sposobu ubierania się, choć uderzała mnie jej elegancja. Wysiadała nieodmiennie przy kościele Świętej Anny i przechodziła na drugą stronę Krakowskiego Przedmieścia. Później dowiedziałem się, że była to córka architekta Pniewskiego (budowniczego sądów na Lesznie, który również po wojnie zaprojektował kilka dużych gmachów), jeżdżąca na obiad do Związku Literatów. Z racji tych spotkań przestałem ze sobą wozić obowiązujący uczniów worek z kapciami, które odtąd zostawiałem w szkole. Dopiero od Miodowej zaczynałem zauważać pewną szczególną atmosferę autobusu żoliborskiego.

W roku 1952 rozpocząłem studia uniwersyteckie i jeździłem tym autobusem często czterokrotnie w ciągu dnia. Jeszcze jako uczeń, powodowany prostą ciekawością, rozebrałem dokładnie pierwszy ofiarowany mi zegarek, a brak cierpliwości, by go choć w części złożyć, nie tylko pozwolił mi dość rozsądnie wybrać kierunek studiów, ale sprawił, że jeszcze długo pozostawałem bez własnego zegarka. Czas jednak zawsze mogłem dokładnie określić według obecności współpasażerów. Lecz znacznie bardziej niż punktualna regularność fascynowały mnie zasłyszane rozmowy. Jeśli dziś podróżujemy po mieście raczej w milczeniu, przerywanym chyba tylko poddaniem w wątpliwość sprawności kierowcy przy nagłym hamowaniu, donośnymi komentarzami umundurowanych lub tajnych funkcjonariuszy sprawdzających bileciki, to dawniej w tramwajach i innych autobusach było zawsze bardzo głośno: banalne kłótnie przeplatały się z nieinteligentnymi spostrzeżeniami.

W autobusie żoliborskim rozmawiano. Szybko zdałem sobie sprawę, że jakby nie znajdowała tu zastosowania reguła wzbraniająca słuchania tego, co nie do nas jest mówione. Nie były to w jakimś sensie rozmowy prywatne, nie odsłaniały w najmniejszym stopniu sfery intymności rozmówców ani osób trzecich, choć umiano w nich wyrażać daleko posunięte sympatie. Bardzo pasowało do nich zdanie, które później przeczytałem u Wrighta Millsa:

Wykształcony członek prawdziwej publiczności potrafi przekształcić swe doświadczenie osobiste w zagadnienia społeczne, dostrzec ich znaczenie dla swej społeczności oraz znaczenie swej społeczności dla własnych spraw osobistych.

Chcąc opowiedzieć to dokładnie, muszę zaraz dodać, że wczesne lata pięćdziesiąte nie były okresem szczególnie ożywionej debaty, okresem kiedy to dzieci wybiegały do przodu, a dorośli idąc wolniej prowadzili liberalne rozmowy na aktualne tematy. Państwo Ossowscy, będący ozdobą tego autobusu, jeździli wtedy tylko do Biblioteki Uniwersyteckiej, nie na Uniwersytet. A jednak w autobusie żoliborskim rozmawiano.

Łagodne, powściągliwe opinie, jakie tam zasłyszałem, ocaliły mnie przed lekturą wielu niepotrzebnych książek i skłoniły do czytania kilkunastu innych. Być może te lektury książek, o których wtedy usłyszałem, także lektura paru książek napisanych przez pasażerów tego autobusu, uzupełniając parę zasłyszanych tam opowieści, parę pytań, parę wątpliwości, kilka powiedzeń, w których rozpoznałem żart, dały mi razem to poczucie intensywności.

Andrzej Dobosz
„Literatura”, 20 grudnia 1973

{roody}

519

10 komentarzy

Znakomita para jechała ze mną wczoraj w 519. Wsiedli, zajęli podwójne miejsce, które z Moją mieliśmy upatrzone w skutego czego w ostatecznej konfiguracji miałem ich za plecami i słyszałem rozmowę. A raczej monolog w Jego wykonaniu z rzadka tylko przez Nią przerywany, za to pointami tak celnymi jak te, co je Silent Bob w filmach Kevina Smitha (albo odwrotnie, oni mi się zawsze mylą) wygłasza. Wygląd mieli raczej proletariacki, życiem i jego płynnymi ubarwiaczami wyraźnie byli sterani.
Jemu generalnie bardziej pasowało od tej strony jeździć niż cały Wolumen na około obchodzić no i tu mógł też gazety kupić taniej.
Nie do końca zrozumiałem dlaczego od tej strony było taniej i która to właściwie strona jest ta, ale co to ma za znaczenie, skoro gazeta kosztuje złotówkę…
- Złoty dwadzieścia – głosem Wojtka Manna poprawiła Ona, skądinąd przypominająca posturą barmankę z drugiej części Shreka, co wyjaśnia skojarzenie z głosem Wojtka Manna. Chociaż nie, głos był mniej aksamitny, nieco płytszy i bardziej zachrypnięty, ale co poradzić, wszak był mroźny lutowy poranek.
- No złoty dwadzieścia, ale tam to mnie piętnaście wyniesie.
Mają teraz te przebicia, pomyślałem, ale w osłupienie mnie wprawiło dopiero wymienienie przez Niego tytułów. Gazeta prawna, Parkiet, coś tam jeszcze z tej samej bajki.
- Mnie ta cała twoja giełda nie interesuje, ja hazardzistką nie jestem i nie będę – powiedziała Wojtek Mann.

Wysiadłem ubogacony o dwie ważne lekcje życiowe z czwartkowego poranku.
1. Nie oceniaj po wyglądzie, bo nie szelki lecz chęć szczera zrobi z ciebie giełd maklera.
2. Giełda to hazard, tak mówi Wojtek Mann.

{roody}

708

9 komentarzy

Tam i z powrotem. Głodni i najedzeni.
Kolejnego roku w komunikacji miejskiej.
Bez Kontroli BIletów.
Życzenia.
Załoga.

[ogłoszenie]

14 komentarzy

Zmiany w kursowaniu

Po prawie trzech latach samotnych obserwacji do autobusu dosiada sie Roody. A niedługo być może i inni.
Ja tym czasem uciekam na chwilę do Amsterdamu pojeździć rowerem.

519

9 komentarzy

Bravo punx

Późne popołudnie z pierwszymi oznakami szarej polskiej jesieni, syf znaczy. Solaris, blisko pętli, więc są miejsca: podwójne siedzenie, pod oknem, obok mnie zaraz stara baba ale nieinwazyjna, dobrze się wpasowałem. Za mną dwa piskliwe głosy, trudne do rozróżnienia i potok słów bez oddechu:
o kurwa nie wzięłam poszukamy w necie masz już stałe łącze dzwonił wczoraj że mnie kocha czterdzieści minut powiedziałam jeśli kocha ja nie wiem.

Na Potockiej zarzucam czytanie „Przekroju” i tylko trzymam go dla niepoznaki przed sobą, chłonę blogusia w wersji audio:
nauczyciel plastyki niezłe schizy trzystu najlepszych grafików japończycy byłam w szoku.

Na Wisloniaku nie daję rady – odwracam się, ale na razie bez wgapiania, tylko zerkam. Widzę warkoczyki, opaski, kurtki, torby puma, styl bravo-punk:
będziemy wcześniej pójdziemy do ejdżenem to już twoja torba znalazłam moją pieszczochę nie lubię tego tuszu wolę ciężki ja wolę lekki taki kleisty dałam mamie.

I tak do Ratusza – one zlew świadomości, ja chłonę. Ale z coraz większym trudem. Bufor mi się zapełnia. Wysyłam kumplowi esemesa sygnalizującego problem i odwracam się na dłuższą chwilę. Tym razem dość ostentacyjnie daję do zrozumienia, że są obiektem mojej audio-fascynacji, ale tylko jedna z nich to złapała i ucichła. Druga gada dalej i dopiero po chwili zwalnia czując, że traci interakcję z koleżanką. Zapala jej się taka kontrolka, tak myślę. Albo nawet taka syrena, jak Umie w KillBillu. A ta druga pewnie daje jej tajemne znaki, tak słyszę sakramentalne „później ci powiem” i mam ochotę dobić je kolejnym spojrzeniem, ale misterny plan psuje telefon od tegoż kolegi. Nie dałem się naciągnąć, żeby na żywo zdawać relację z tego, co się dziej za mną a bravo-pankówy wysiadają w Centrum – nie mogę się zbyt dokładnie przejrzeć, bo ciągle gadam, widzę tylko warkoczyki i torby pumy. Poszły do ejdżenem.

{roody}

baba.jpg
prawie codzienny widok.


  • RSS